piątek, 31 stycznia 2014

Kiedy dopada zimowa depresja...

... warto przypomnieć sobie, że kiedyś było lato. Kiedyś nawet, było moje pierwsze lato w nowym domu. "Nowy dom" to oczywiście takie robocze określenie z braku chęci użycia innego, np "rozpadająca się rudera po dziadkach"  niemniej dla mnie, w pewnym sensie, było to nowe miejsce. A na pewno nowy etap w życiu.
Zatem było sobie nasze pierwsze lato w "nowym domu". Dom, siłą rzeczy został podzielony na dwie części - jako tako wyremontowaną, czyli zdatną do zamieszkania, oraz drugą - ze starymi oknami, brakiem drzwi, sypiącymi się schodami i pokrzywami rosnącymi w kuchni (która teraz - już bez pokrzyw - pełni role mojej sypialni). Cześć niezdatna do zamieszkania w każdym calu, od której odgrodziliśmy się jedynie parą wąziutkich, cieniutkich drzwi i przez pewien czas mogliśmy oszukiwać się, że nie mamy problemów z remontem :) W końcu czego nie widać... To słychać.
Filemon, brat Bonifacego. Tutaj już staruszek.
Był lipiec. Noc cieplutka, spokojna, dla nas jednak zbyt spokojna. I przeraźliwie cicha. Żadnych wrzasków od sąsiada, trzaskania drzwiami i warkotu parkujących samochodów. Jednym słowem - brak jakichkolwiek dowodów na istnienie innych ludzi. Teraz to zaleta, wtedy - niekoniecznie.
Najpierw zawiał wiatr. Nie żadna tam wichura, Ksawery czy inny medialny orkan. Ot, przywiało troszeczkę a blacha na dachu, na którą teraz nie zwracamy już uwagi wygięła się, czy raczej 'zapracowała'. Nie wiem jak to fachowo określić, po prostu słychać czasem blachę, kiedy za bardzo wieje. Hałas przypomina trochę odgłos, jakby ktoś łaził po dachu. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że odgłos ten jest jak najbardziej naturalny i należny go zignorować. Ale nic. Powiało, przestało, zapomnieliśmy. Noc pełna wrażeń.
Kolejny dzień. 3 nad ranem.
- Mamo, ktoś nam chodzi po dachu - słyszę zaspany głos jednej z córek.
- Jak po dachu? Nic nie słyszę.
Nie minęły dwie minuty jak do naszych miejskich uszu doszło głośne łup! a potem coś jakby tupanie... No pewnie, że ktoś łazi po dachu! Jak tam wszedł? Nic nie zauważyliśmy? Przecież dach jest stromy, spadłby jak nic. Przed oczami przewijają się wszelkie sceny z filmów, reportaży i wiadomości. Złodziej grasuje po dachu! Dodam, że wtedy dorobek obronny jaki zabraliśmy z mieszkania stanowiła świnka morska, trochę kotów i jeden stary pies, którego można by wynieść, a on i tak by nie zauważył. Gdyby sytuacja miała miejsce dzisiaj, z obecnym asortymentem, na pewno nie byłoby tamtej adrenaliny.
Dzierżąc w dłoni tępą, dekoracyjną szablę, siedzę z córkami uzbrojonymi w tłuczek do mięsa i młotek. Przyczajone w kuchni nasłuchujemy, czekając na napastnika. Chwilowo gotowe prawie na wszystko.
Złodziej niespiesznie przemierzył dach, raz w jedną, raz w drugą stronę. W końcu zdecydował się zeskoczyć na niższy daszek, wspiąć na parapet... i zamiauczeć.
Pan Bonifacy wrócił z wycieczki zapoznawczej.
Zdjęcia Boniusia mam niestety jedynie w wersji analogowej, ale wyobraźcie sobie jak czuje się człowiek siedzący w nocy, w starym domu, osaczony przez przyrodę, a za oknem siedzi śliczny, tłuściutki czarno biały kocurek i patrzy lekko zdumiony na zajście w kuchni. Pewnie swoje już o nas pomyślał.
Bonifacy często chodził po dachu. Podobnie jak inne koty, jednak minęły tygodnie zanim upewniłyśmy się, że nie grozi nam żadna napaść.
Było jeszcze kilka takich odkrywczych dni/ nocy kiedy to "nowy dom" płatając kolejne niespodzianki uczył, że nawet gdybyśmy chciały, nie ma już powrotu do dawnego, wygodnego życia.
Ale w sumie patrząc wstecz, albo przynajmniej na widoki, jakie serwuje nam okolica, chyba nie ma czego żałować.


Post postanowiłam zadedykować Kretowatej, o ile nadal czuje się depresyjnie :) Mnie też dopadała depresja, może nie taka "zimowa" a bardziej życiowa. Przygarnęłam trochę psów, kotów, nakupowałam kur, wybudowałam kurnik i jakoś przeszło :)

wtorek, 28 stycznia 2014

Downton Abbey


Podobno dzień wydłużył się o godzinę - patrząc za okno to na razie jedyna dobra wiadomość. No, może jeszcze brak śniegu w ilościach przekraczających możliwości mojej odśnieżarki (czytaj: jednej łopaty) Jest zimno, jest mróz, śnieg trochę popadał. Ot, zwyczajna styczniowo-lutowa pogoda. Psy się cieszą, koty już mniej. Do wiosny już z górki. Gdybym miała czas na chwile zimowej depresji (a niestety nie mam) zbyłabym ją kiełkującymi cebulkami narcyzów na parapecie i tabliczką czekolady w dłoni. I ulubionym serialem. W zasadzie to mam takie dwa, ale dzisiaj postanowiłam napisać Wam o tym 'spokojniejszym'.

 
Niemniej wieczory nadal pozostają długie a ja, od czasu do czasu, lubię je spędzić w towarzystwie jakiegoś fajnego filmu. Albo serialu, najlepiej mini- serialu żebym się za bardzo nie wkręciła.Od roku moim odkryciem jest pewna produkcja bbc - ładna, przyjemna i bardzo brytyjska.
Downtown Abbey to jeden z moim dwóch jesienno-zimowych faworytów. Zwłaszcza zimowy ponieważ zawsze na święta emitowany jest dodatkowy nastrojowy odcinek. Nie ma to jak święta w brytyjskiej posiadłości, na przełomie XIX i XX wieku. Jest uroczo, magicznie i szykownie, jak zawsze w Downtown.
Akcja serialu nie powala, co akurat jest zaletą. W zasadzie akcji nie ma wcale przez co ciężko opisać fabułę. Typowe życie i troski mieszkańców zamku. Zarówno tych "z góry" -  wyjść za mąż, zorganizować dobroczynną
kolację czy wybrać suknie na bal. Ci " z dołu" bez których Downtown z pewnością upadłoby w ciągu jednego dnia, także mają swoje zmartwienia i radości, a nawet drobne spiski. Raz jest wesoło, raz gorzko, czasem ciężko a innym razem zabawnie. Tak jak w życiu. Nie ma znaczenia czy jesteś hrabią, lokajem czy kamerdynerem ( teraz już odróżniam do siebie tę dwójkę) raz masz pod górkę, a raz z górki.
Wbrew opinii ludzi, którzy nie oglądali to nie jest serial dla snobów.
Poza tym jest zwyczajnie ładny. Są sielskie widoki, dekadenckie wnętrza i rozmowy oblane brytyjskimi konwenansami. Nie będę rozwodzić się nad grą aktorów, bo o tym można poczytać na portalach bądź ocenić samemu. Dla mnie Downtown rządzi :) Rządzi Maggie Smith i jej trafne riposty. Rządzą wszyscy po kolei, nawet kucharka.

Krótko mówiąc, kto nie zna a lubi typowy brytyjski klimat - polecam szczerze, nie zawiedzie się. Odcinków nie jest dużo i mimo, że nie kończą się jakoś spektakularnie, człowiek ma ochotę obejrzeć następny i jeszcze jeden...

wtorek, 21 stycznia 2014

Dziobki i piórka, wersja letnia :)





Do pooglądania i powzdychania nad tym, jak to kiedyś było słonecznie, ciepło i zielono. 
Kiedy wyglądam za okno, mam wrażenie, że lato było całe wieki temu. Zima powoli zakrada się do ogrodu. W nocy usiadła na gałęziach i szybach samochodu. Ktoś powiedział, że jak spadnie śnieg to będzie trzymać do kwietnia... 
Zamiast myśleć o nieuniknionym (śnieg, skrobaczka do szyb, łopata, wyczekiwanie, aż łaskawie przejedzie upragniona odśnieżarka) oglądam na dysku niezbite dowody na to, że jeszcze kiedyś wyjdę przed dom bez puchowej kurtki. I zabieram się za konkretny, pisany post :)  

















Na koniec bohaterka świątecznej bajki - Szyszeczka :)



niedziela, 19 stycznia 2014

Post z dedykacją...

 
Porobiło się.
Najpierw, po jesieni, przyszła wiosna, potem na chwilę zima, na Święta znowu wiosna i tak trzyma u nas do tej pory. Trzy dni po Nowym Roku rozebrałam choinkę bo jakoś tak nie pasowała do widoku za oknami. Poza tym, chciałam by część bombek przetrwała do przyszłego roku, należało zatem usunąć błyszcząca pokusę, która tak fajnie turla się po podłodze sprzed pożądliwego wzroku stada kotów.
Święta jak i burzliwy okres "po" minęły nam pod znakiem wichur oraz litanii zdrowasiek o cudowne ocalenie dachu. Dom mam stary, niejedną burzę/wichurę już przeżył, ale wiadomo, że dzisiejsze wichury już nie są takie jak za dawnych lat ( taki Ksawery na przykład to już prawie celebryta)  W Wigilię padł prąd, dobrze ze chociaż zdarzyłyśmy zjeść kolację. Potem już tylko wiało i wiało i wiało...
Sylwester minął tak samo, jak w zeszłym roku. Godzina 21- spać. Godzina 23.50 do dokąd potrzeba - trzymanie za łapę kolejno każdego z trzęsących się psów.
Nowy Rok - koncert noworoczny czyli ochy i achy przez prawie dwie godziny. Nawet psy nie odważyły się przerwać rodzinie Straussów.
Potem znowu wiało.
W międzyczasie jak i do tej pory zmuszona zostałam na przekwalifikowanie się z artystki malarki na hm, malarkę. Jednak nie można ciągle unosić się artystyczną dumą - wszak rachunki same się nie zapłacą. Zlecony obraz zdążył już wspiąć się na Mont Everest kiczu i tandety. Niechybnie zgarnąłby wszystkie nagrody w konkursie Miki i Hany, w którym niestety nie było mi dane wziąć udziału, ale każdego dnia intensywnie o nim myślałam. Tak intensywnie, że obiektyw w aparacie - jedyny jaki posiadam - postanowił odmówić posłuszeństwa. Nie wiem czy i kiedy zostanie naprawiony, dobrze, że mam w zapasie cały zastęp psio-kocio-kurzo-widokowych zdjęć :)
Zupełnie niespodziewanie w me ręce wpadła na tydzień wyrzynarka, a po niej szlifierka. Wyrzynałam zatem i szlifowałam wszystko, co wpadło mi w oko. Rozstały jeszcze schody, ale to następnym razem. Za to kuchnia jest nie do poznania :)
Chciałam pójść w ślady Ori i Kretowatej, niestety z powyższego powodu mój dzień wygląda następująco: odbębnić to, co trzeba czyli psy, koty, kury a potem, na ile światło pozwoli, odbębnić obraz. Dzieło rodzi się w bólach okrutnych.
Niemniej nie narzekam, na dłuższą metę lepsze takie zlecenie niż żadne. W dodatku ponownie mamy tutaj wiosnę, pisze tutaj, ponieważ z doniesień jednej z córek wiem, że w stolicy śniegu nie brakuje. U nas jest 12 teraz stopni na plusie, ptaki śpiewają, kury radośnie niosą jajka (gęś coś się jeszcze nie poczuwa), drzewa pączkują a ja modlę się, żeby tak już zostało. Nie mam absolutnie nic przeciwko takiej ciepłej, bezśnieżnej zimie. Nie muszę biec do piwnicy o piątej rano, kiedy jeszcze ciemno jak we wnętrzu kota, i rozpalać w piecu. Potem nie muszę biec z łopatą by zaprojektować ścieżki wiodące do zasypanego samochodu, kurnika, bramy, kojca, karmnika dla ptaków. Ptaki też takie jakby szczęśliwsze :)

Dzisiejszy post dedykuję Hanie :)  mojej głównej motywacji do napisania (jakiegokolwiek) posta