czwartek, 21 kwietnia 2016

Kaczeńce - proces twórczy

Każdy ranek, niezależnie od pory roku, zaczyna się tak samo - od zwierząt. Dopiero po wypuszczeniu, wpuszczeniu, nakarmieniu psów, (wpuszczeniu, wypuszczeniu) nakarmieniu kotów oraz ogarnięciu kur, zaczyna się poranek właściwy.
Szykuje się słoneczny, piękny dzień, jednak aby wieczorem mógł zostać zaliczony do dni udanych, należałoby uczynić artystyczne przedsięwzięcie.
Wiosna wybuchła nie tylko ptasim śpiewem, ale i nieodłącznym buczeniem kosiarek. Każdy, kto ma choćby skwarek zieleni kosi go z entuzjazmem godnym wygłodzonego stada kóz. Ja też będę kosić, ale później. Teraz patrzę - za płotem kwitną kaczeńce. Niech się zatem zdarzą artystyczne kaczeńce. Czemu nie. Biorę się do pracy.
Malowanie w plenerze odpada. Zbyt wielu koszących światków.

Zrobię sobie kawę i uroczyście zasiądę do sztalug.
W kuchni siedzi jeden kot i patrzy na mnie jeszcze nie z wyrzutem, ale z dość chytrą nadzieją na mleko. Łamię się i otwieram lodówkę, wyjmuję karton i nagle mam pod nogami łaszące się kocie stado, które pomimo że nażarte, w tej konkretnej chwili umiera z pragnienia i tylko moje mleko może je uratować. No to rozdzielam mleko. Psy patrzą, zatem i one dostają po łyku. Myję miski. Kot chce wyjść, kot chce wejść, wreszcie spokój. Co ja to miałam..? Ach tak, kawa.
Siadam do malowania i patrzę w puste płótno. Pędzel czy szpachla, a może jedno i drugie? Niby wszystko jest jasne, ale słońce za oknem kusi. No to może mały spacer dla pobudzenia weny i uspokojenia duszy.
Kaczeńce jarzą się jak prywatne słońca na podmokłych łąkach, brzozy puszczają listki i ogólnie jest pięknie. Robię masę zdjęć, a w zdradzieckie błoto wpadam tylko raz.
Wracam do domu. Odruchowo wycieram podłogę gdyż przy siedmiu psach wycierania nigdy dosyć. Mija jeszcze godzina lub dwie, zanim łańcuch obowiązków raczy zmniejszyć swój uścisk.
Wracam na górę i siadam do malowania, tym razem już na poważnie. Kaczeńce powoli zakwitają na płótnie.
Wieczorem obiecuję sobie, że jutro z samego rana zacznę malować, co czasem mi się udaje i wtedy dzień wygląda lepiej. Tymczasem w kolejce czeka kosiarka; drewno które trzeba ułożyć; grządki, które wypadałoby przekopać; patyki, które można by wyzbierać, oraz stado, które trzeba nakarmić, wypuścić, wpuścić oraz wygłaskać.
Gdzieś tam majaczy jeszcze tęsknota za espresso pitym z maleńkiej filiżanki w maleńkiej kawiarni, z kwiatami na stolikach. Urządzam sobie kawiarenkę na tarasie, bo tylko tam wpuszczają psy - bardzo zacny lokal. Jest książka, filiżanka, czekolada opakowana w odbijające promienie sreberko oraz wizja jak jutro, z samego rana, być może zakwitnie kolejne płótno.