środa, 10 czerwca 2015

dzień

Kiedyś kiedy mieszkałam w mieście i być może nie było mi tam źle, marzyłam o domu na wsi, najlepiej tym po dziadkach, w którym mieszkam dzisiaj.
Chciałam ogródek większy niż ten blokowy, w którym było więcej niedopałków niż walczących o przetrwanie kwiatów. Chciałam trochę ciszy i ją akurat miałam – jeśli akurat nikt nie odpalał samochodu albo nie testował wytrzymałości głośników piętro wyżej. Brakowało mi zieleni, ptaków, prywatności, i tego, żeby mieć więcej niż jednego psa. Na wsi jest cisza, spokój, wolność i natura. I mogę mieć własne jajka, mleko, pomidory i co tylko zechcę.
Mieszkam na wsi i nigdy nie zechcę już wrócić do blokowiska. Tutaj jestem wolna.
Moja wolność latem zaczyna się dosyć wcześnie – zwykle koło piątej rano, rzadko później. Kiedy za oknem wybucha czerwcowy koncert, ja demokratycznie rozdzielam śniadanie dla liniejącego akurat stada i pilnuję, żeby każdy zjadł ze swojej miski. Niektórzy wolą zawartość innych misek, zwłaszcza tych większych. Potem mam czas na ćwiczenie logistyczne – Hektor, Bufi i reszta stada czeka na poranny spacer. I jeszcze pies od sąsiadów. Nie wszystkie się kochają, a niektóre kochają do przesady – trzeba wypuszczać osobno, trzeba pilnować. Potem śniadanie dla kotów. Potem dla kur. Wypuścić kury, poszukać jajek (nie ma jajek, jest za wcześnie)
Po śniadaniu, jako że jestem teraz wolnym człowiekiem, mogę sobie dowolnie wybrać rozrywkę. Umyć okna czy podłogę? Grządki same się nie wyplewią, trawa się nie skosi. Kosiłam w zeszłym tygodniu – urosła jakaś  taka wyższa i chyba bardziej zdeterminowana. Trzeba jechać po paliwo. To od razu jakieś zakupy.
Grządki zarastają powoli, acz stanowczo. Plewię ogórki z niejasnym przeświadczeniem, że wczoraj było ich więcej. Ach, ślimaki też lubią moje ogórki. Ktoś radzi kupić trutkę na ślimaczy problem, a ja sobie myślę, że co jak co, ale mnie jeszcze nie porąbało tak jak tego ktosia. No więc ślimaki nadal zżerają mi ogórki, ale przynajmniej mogę sobie wieczorem w łazience spojrzeć w oczy.
W południe wchodzę po kurnika, gdzie ze świeżo wysprzątanych gniazd witają mnie oburzone spojrzenia – spieszy mi się gdzieś? Jajek nie ma.
Jestem wolna, zaradna i przedsiębiorcza zatem udaje mi się kupić trochę porządniejszego opału na zimę. Kolejny wybór – czy mam teraz ochotę porąbać drzewo czy poznosić w wiadrze czarne, brudzące świństwo do piwnicy? Robię po trochu obu. A co.
Szukam jajek. Gotuję obiad. Daję obiad psom, kotom i kurom – tym ostatnim ze znaczącą miną.
Nie ma jajek.
Sąsiadce lis porwał kurę – moich jakoś nie chce.
Wieszam pranie. W międzyczasie dzwoni kurier, że ma już tę spóźnioną karmę dla moich psów/kotów. Jedyne 20 kilo, które muszę zataszczyć do domu.
Pod koniec dnia, z niejakim szokiem odkrywam, że chwilowo nie mam nic do roboty. I znowu mam wybór – paść na twarz czy: namalować coś ( odpada, trzęsą mi się ręce po koszeniu), a może przejść się do lasu? Las mam niedaleko, ale może posiedzieć na tarasie? Taras, książka i kawa, a potem boso po trawie coby poczuć, że naprawdę mieszkam na wsi.
Z tym bieganiem po trawie (przy hurtowej ilości psów i kur) to jednak nie był dobry pomysł.
Wieczorem rozbrzmiewają kosiarki, zatem i ja ruszam ze swoją. Koszenia nigdy dosyć, niestety. Kiedy kosiarki milkną, ptaki kończą to, co zaczęły rano – mam wrażenie, że śpiewa każde drzewo. Latają jaskółki, a tuż przed zmrokiem – nietoperze. Słyszałam pierwszego świerszcza, widziałam pierwszego świetlika. Psy zasypiają, koty przeciągają się i wychodzą do ogrodu sprawować rządy terroru. Kuchnia pachnie koperkiem a reszta domu piwoniami.
Jeszcze tylko podlać pomidory i zebrać pranie.
Ach, znalazłam jajko! Całe jedno. Bio eko i organiczne w jednym. I za darmo. Wyprodukowane przez moje własne, kochane kurki. No, jedną kochaną kurkę, ale w końcu jajko nie zostało podpisane, więc to niejako sukces – obawiam się – grupowy.
Kładę się spać z poczuciem spełnionego dnia i niedosytem jednocześnie. Nie byłam na grzybach, a już są. Trzeba jeszcze wyczyścić, poukładać, sprzątnąć i przynieść nowe, bo stare się kończą. Pomysły jak spędzić kolejne wolne dni czekają na realizację. Jeden po drugim, im się nie spieszy.
Takiej wolności nie znajdę w mieście, choćbym nie wiem jak długo szukała.

7 komentarzy:

  1. Cudny wpis:) Wypisz wymaluj ja, tak samo wolna i przedsiębiorcza, mogę wybrać, czy koszę dzisiaj, pielę, a moze - ciut szaleństwa - pomaluję garaż? Hm? A jednak bosko jest:) Gratuluję jajka, marzę o swoich kurkach, ale jeszcze nie mam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak strasznie, strasznie długo cię nie było!!!! Czekałam i czekałam no i w końcu się doczekałam:))) Dobrze, że wracasz.
    Faktycznie wybór rozrywek masz oszałamiający! Ale za to doborowe towarzystwo i ten spokój w duszy... Ale kury to bym pogoniła do roboty, leniuchy jedne! Ściskam bardzo mocno!

    OdpowiedzUsuń
  3. Życie na wsi jest piękne ale w moim lesie jeszcze piękniejsze.Miłego dnia.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzień pełen przyjemnych obowiązków. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. O tak, życie na wsi absolutnie sielskie nie jest... albo raczej bywa sielskie inaczej ;) o ile ktoś potrafi znaleźć w nim piękno i romantyzm ;) No chyba w tym cała sztuka. Bo i bywa pięknie, i brutalnie... samo życie po prostu, tylko bardziej związane z naturą.
    Absolutnie nie dla mięczaków.
    Ale przecież nie zamieniłybyśmy tego życia na poprzednie, nieprawdaż? Nigdy, przenigdy. Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Zapisuję się do wiejskiego klubu! Do miasta to za karę!

    OdpowiedzUsuń
  7. Dlatego ja nie wyobrażam sobie życia mieście,kocham wieś za jej...własciwie za wszystko,do miasta tylko na zakupy

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi miło jeśli zostawisz komentarz :)