środa, 25 czerwca 2014

Co było gdy mnie (tu) nie było. W telegraficznym skrócie.


Ano, wieczorami było tak:
























Albo tak:




W południe, najczęściej tak:


Był czas na nastawienie syropu z pędów sosny (o którym potem zapomniałam i się zepsuł):
























Był czas na pozowanie na tle obrazów:



 I czas na kompromisy...:
























Potem przyszedł czas na prace w ogródku:










A potem przyszedł, hm, "deszczyk". I rano wyglądało to mniej więcej tak:
























Fajnie, prawda? Woda na drugim planie to mój stawik dla kaczora, który na kilka dni postanowił zamienić się w ocean. Pierwszy plan to rzeczka, która powstała całkiem spontanicznie, radośnie przelewając się z pola sąsiada przez mój dzielnie walczący płot... Płot w końcu odpuścił i podryfował razem z rzeczką na drugi koniec odgrodzenia. Mojej radości nie było końca.
A tak wyglądał trawnik, gdyby ktoś się zastanawiał:
























A potem znowu było tak :)
























Czyli, w skrócie, pejzaż wiejski w całej okazałości :) Czasem słodko, czasem gorzko, zawsze pięknie i z mnóstwem pracy, za którą zatęsknię w zimie. Małymi kroczkami robię domowy lifting bo chacinka już starawa i sama się prosi. Jak już coś się posunie dalej, to oczywiście będę się chwalić - pozazdrościłam tego chwalenia się Mice i Hanie i też tak chcę ;) Plany są, a jakże. Środków na realizację raczej niet, a jakże. Są za to ptaki w budce nad oknem i poziomki w zmaltretowanym "deszczykiem" ogródku. Czyli wszystko po staremu.

Korzystając z okazji chciałam Wam wszystkim podziękować za ciepłe słowa i maile, które od Was dostawałam po (a nawet i później) zawieszeniu bloga. Sprawa miała być tymczasowa, ale nie przypuszczałam, że aż tak długa. Nie mniej przez cały czas byłam z Wami, choć w ukryciu. Czytałam, podziwiałam, śmiałam się i wzruszałam Waszymi historiami. Teraz, nieśmiało, znowu przysuwam się bliżej...

Ps. Mam włączoną moderację komentarzy, tak dla naszego wspólnego dobrego samopoczucia ;)